poniedziałek, 28 listopada 2022

Ferrari w polskiej literaturze



Ferrari 410 Superamerica Ghia 1956

Od kiedyż to datuje się fascynacja zachodnimi luksusowymi samochodami w polskiej literaturze? Od zawsze, od zawsze. To oczywiste. Przaśny pejzaż Polski Ludowej tylko wzmógł te tendencje, ale ich nie wymyślił. Przedwojenna Rzeczypospolita nigdy nie przodowała w ilości samochodów na głowę mieszkańca, a prawdę powiedziawszy - ciągnęła się w europejskim ogonie, o czym Szczepan Kolaczek pisał już na Automobilowni (http://automobilownia.pl) parę razy. Za czasów PRL nie zrobiło się specjalnie lepiej.

Trzeba zauważyć, że przez pierwsze kilka-kilkanaście lat po wojnie "samochód zachodni" nie występował w potocznym słowniku, albowiem prawie wszystkie ówcześnie występujące były "zachodnie".  Dopiero od połowy lat 50, kiedy rozkręcono produkcję licencyjnej Warszawy, rozpoczęto konstruować Syrenę, a Motozbyt zaczął sprzedawać reglamentowane produkty z Czechosłowacji i NRD, można było poczuć wyrazisty kontrast pomiędzy produktem wschodnim i zachodnim. Przez cały czas PRL, pomimo biedy i wszelkich ograniczeń ustrojowych Polacy sprowadzali wszelkimi dostępnymi metodami samochody z Zachodniej Europy i USA. Patenty na to były różne - najpierw oficjalny, w którym państwo za pomocą swoich przedsiębiorstw importowych (Bank Polska Kasa Opieki, a potem Pekao) sprowadzało dla obywateli zagraniczne auta i sprzedawało je za waluty zachodnie. Przy tym - co wesołe - przez sporą część istnienia PRL zarówno posiadanie walut wymienialnych, jak i obrót nimi był zagrożony karą więzienia. Zatem państwo polskie handlowało z własnymi obywatelami nielegalnymi (w swoim rozumieniu) pieniędzmi. Oczywiście chodziło o zdobycie i ściągnięcie jak największej ilości dolarów od społeczeństwa, bo tego w warunkach zamkniętej gospodarki zawsze w budżecie PRL brakowało, a kraj nie mógł funkcjonować bez importu towaru, jakiego nie potrafił wyprodukować własnymi siłami. 

Inne pomysły na sprowadzenie samochodu to był powroty z placówek zagranicznych, bo całkiem sporo Polaków pracowało oficjalnie poza granicami kraju - zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Odmianą tego sposobu był handel prowadzony przez marynarzy, którzy z założenia pracują za granicami - Gdynia i w ogóle Wybrzeże w latach 50. i 60. były największym zagłębiem zachodniego towaru, który rozprowadzano na czarnym rynku w całym kraju. Władze usiłowały to tępić, ale zawsze bez powodzenia. 

W rodzinie mojej szanownej Współfabrykantki Wujek-lekarz wracając z placówki w Nigerii przez RFN sprowadził w ten sposób VW Garbusa. O tyle z pewną trudnością, że był to pierwszy samochód jaki prowadził od czasu uzyskania prawa jazdy kilkanaście lat wcześniej. No, ale okazji nie można było przegapić i Volkswagen dotarł jakoś w całości do kraju. 

Na początku lat 70. państwo polskie zrobiło się tak łaskawe, że pozwalało uprzejmie krewnym zza granicy na wpłaty via Pekao na konkretne towary zachodnie i polskie przeznaczone dla osób w kraju. Można było poprosić wujka w Anglii o przelanie kwoty na polski bank, a państwo zajmowało się dostarczaniem towaru. I to nie byle jakiego! Cenniki obejmowały nie tylko rzeczy codziennego użytku, elektronikę, samochody krajowe i zachodnie, paczki żywnościowe z salami i czekoladą Milka, ale i całe mieszkania! Dodajmy, że ówcześnie mieszkania za złotówki dostępne były na przydziały i zapisy i czekało się na nie po kilkanaście lat. A tu, panie dziejku, kto miał krewnego zasobnego w zachodnią kasę, mógł sypnąć do Pekao i mieszkanie było od ręki. Rzecz jasna osób mających takich krewnych był w PRL niewielki promil. Faktyczna realizacja tego scenariusza polegała często na nielegalnym wywiezieniu własnych dolarów schowanych w skarpecie podczas wycieczki na zachód i przekazaniu ich krewnym, którzy przez bank Pekao, już legalnie wpłacali je do budżetu państwa na samochód. W ten sposób zjawił się w Polsce pojazd mojego Wujka - Ford Taunus M15, którym później Wujek i mój Tata startowali w okręgowych rajdach.

Relacje cenowo-zarobkowe, pomimo teoretycznej urawniłowki obywateli PRL, były przepastnie różne. Obrazuje je wierszyk:

W KC – ile kto chce.

Czysty komunista – co najmniej trzy trzysta.

MO – dwa sto.

Ci w mieście – tysiąc dwieście.

A reszta hołoty – po osiemset złotych.


Stosunki motoryzacyjne natomiast są wyrażone w takim oto dziele:


Pierwsza klasa – mercedes, whisky i artystki

Druga klasa – wołga, starka i własna sekretarka

Trzecia klasa – syrenka, wódka czerwona i własna żona

Czwarta klasa – tramwaj, zupa i własna dupa.

Rozpiętość płac była w PRL zatem wielka, o czym się rzecz jasna oficjalnie prawie nie mówiło. Inżynierowie z czasów gierkowskich, z branż akuratnie chodliwych (bo Gierek kupował liczne licencje przemysłowe, których często nie miał kto obsługiwać), górnicy (zawsze potrzebni, bo węgiel od przedwojnia był kluczowym towarem eksportowym) oraz wspomniani partyjni i milicyjni notable mieli się wielokroć lepiej, niż reszta społeczeństwa. Do tego w latach późniejszego PRL dochodzili badylarze i rzemieślnicy- pozwolono im na działalność - zarabiali duże pieniądze, bo ich towar w gospodarce niedoboru był po prostu rozchwytywany. Byli więc ludzie, których

stać było na samochód, chociaż samych samochodów było niewiele, a władza nie mogła się zdecydować - ułatwiać tym obywatelom, czy im przykręcać śrubę (na ogół szło to falowo i zmianowo). Stąd brała się np. biurokratycznego rodu popularność Fiata 132p, a potem Fiata 131p wśród rzemieślników i posiadaczy szklarni, albowiem - uwaga uwaga - w wersjach z literką "p" były to samochody "produkcji krajowej" zatem nie obłożone potwornymi podatkami. Pomimo że "krajowość" tych aut ograniczała się do przykręcenia znaczków "Polski Fiat" oraz wycieraczek do włoskich egzemplarzy w szopie warszawskiej FSO.

Jak widać, byli w PRL równi i równiejsi, oraz w ogóle było wesoło. Choć nie wszystkim.

Przywieźć do Polski samochód, obojętnie jakim trybem, zawsze się u nas opłacało, nawet gdy nie przywoziło się go dla siebie. Zarobek na tym był na każdym samochodzie, pomimo ceł i opłat, z racji ogólnej niedostępności pojazdów w Polsce Ludowej, oraz za sprawą wielkiego popytu niezaspokojonych motoryzacyjnych żądz.

Ech, żądze! Żądze dostały swój wyraz w literaturze PRL, czasami w sposób zaskakująco kuriozalny. Na przykład takie Ferrari 410 Superamerica. Zapewne część z Was od razu uśmiechnie się do tej nazwy. Wiecie już, o czym mowa! "Pan Samochodzik" Nienackiego. Książki, na jakich się wychowałem, a zapewne nie jestem jedyny. Nienacki z pisarza dla dorosłych (dość kiepskiego) przerodził się w poczytnego twórcę dla młodzieży. Jego seria o Panu Samochodziku, historyku-detektywie, dysponującym niezwykłym samochodem i życiem pełnym przygód zrobiła olbrzymią wręcz, niekończącą się karierę. Po śmierci Nienackiego była kontynuowana przez kilku jeszcze kolejnych autorów, w tym Andrzeja Pilipiuka, choć już z gorszym (moim zdaniem) klimatem i talentem. Sam Nienacki także nie pisał na bardzo równym poziomie, zdarzały mu się w serii "Pana Samochodzika" powieści wybitne, ale zdarzały się i gorsze, na czele z ostatnią przez niego napisaną "Pan Samochodzik i UFO" (kto nie czytał, temu odradzam, rzeczy przeczytanych nie da się już odnieczytać). Każdy ma zapewne swoje ulubione tomy.

 Ferrari pojawia się po raz pierwszy w "Wyspie Złoczyńców" z 1964 roku. Jest to książka bodaj najbardziej mroczna, z ponurymi wręcz akcentami - jedyna z serii w której czytelnik dostaje opis śmierci człowieka. Z każdą kolejną powieścią Nienacki łagodnieje i odchodzi od poważnie kryminalnej tematyki. Ale też w każdej jego bohater coraz bardziej zżywa się z posiadanym samochodem. Pierwsze spotkanie z autem wcale tego nie zapowiadało. Bohater dostał go w spadku po wuju, wraz z garażem w Krakowie i podszedł do prezentu ze skrajną nieufnością, postanowił go natychmiast sprzedać.

 Pojazd mego wuja powodowałby prawdopodobnie zakłócenie spokoju publicznego w mieście również dlatego, iż wraz z jego pojawieniem się na ulicy przerażeni kierowcy warszaw, syren czy moskwiczy przyciskaliby klaksony, aby upewnić się, że nie śnią i że „takie coś" nie jest „latającym talerzem" z Marsa. Wyobraźcie sobie czółno odrapane, zielonkawożółte, z zaciekami brązowymi i granatowymi, na czterech kółkach, z których dwa tylne mają szprychy, a dwa przednie ich nie posiadają. Na tym czółnie znajduje się brezentowy wypłowiały namiot koloru khaki. W namiocie tym są celuloidowe okienka - z przodu, z tyłu i z boków. Namiocik jest dość duży, w gruncie rzeczy w wehikule owym pomieścić się mogą nawet cztery osoby; reszta namiotu zabudowana jest jakimiś dziwacznymi mechanizmami. Przyznaję że nawet nie próbowałem uruchomić owego pojazdu - takim napełniał mnie strachem.

Tomasz, przyszły "Pan Samochodzik", oglądając wehikuł wraz z ewentualnym przyszłym nabywcą wkrótce jednak zaczyna zmieniać zdanie.

- Patrz pan - rzekł - ten pański wuj to musiał być niezły dziwak. Na desce rozdzielczej jest tyle zegarów, co w nowoczesnym cadillacu. Ten pojazd nie rozwija chyba więcej niż sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a szybkościomierz ma do dwustu osiemdziesięciu kilometrów. O ile, rzecz jasna — zastrzegł się - ten pojazd w ogóle potrafi ruszyć z miejsca. Tfu - splunął.- Takie coś może się człowiekowi tylko przyśnić, a nie będzie to sen najprzyjemniejszy.

 Weterynarz okazał się człowiekiem bardzo ciekawym. Uniósł maskę pojazdu wuja, potem zajrzał do skrzyni. 

- Ma, zdaje się, przedni i tylny napęd - oświadczył, co zresztą i ja równocześnie z nim stwierdziłem. - Posiada dwanaście cylindrów - dodał. 

Obejrzeliśmy skrzynkę biegów. 

- Owszem, są cztery biegi przednie i jeden bieg wsteczny - zauważył weterynarz. 

Jeszcze tu i ówdzie spojrzeliśmy, sprawdziliśmy przewody elektryczne. Włożyłem kluczyk w „stacyjkę”. Motor natychmiast począł pracować, czynił to bardzo cicho, prawie niedosłyszalnie. Weterynarz podrapał się w głowę. 

- No, dobra - powiedział łaskawie — dodam panu pięć tysięcy i kupię garaż razem z tym wehikułem. 

Ale i ja w międzyczasie zrobiłem sporo ciekawych spostrzeżeń, które zadecydowały, że z mniejszym niż dotąd przerażeniem spoglądałem na wehikuł wuja Gromiłły.

Wkrótce lody pomiędzy spadkobiercą, a przedmiotem spadku wuja zostają przełamane. Już stronę dalej jest tam pierwszy pościg po "pustej aż po horyzont szosie". Niedługo później okaże się, że Wehikuł potrafi pływać. Co prawda wymaga wielu zabiegów zanim to umożliwi - pan Tomasz musi pracowicie zamocować ster i śrubę napędową, wymagane jest także przesiadanie się na fotel pasażera żeby sterować samochodem na wodzie. Cały ten proces zajmuje w "Wyspie Złoczyńców" ponad godzinę. 

Jednak zażarło. Czytelnicy łyknęli amfibię z silnikem Ferrari, a jeszcze lepiej poszło przy następnej książce, gdzie w pierwszoplanowej roli pojawili się harcerze.

Z "Wyspą Złoczyńców" mam związane wspomnienia osobiste. Otóż moja przyszywana Ciocia, nauczycielka biologii w łódzkim liceum, Jadwiga Szer, wspomniała kiedyś, że była na obozie archeologicznym, który odwiedził Nienacki. Było to wyjazd wakacyjny w czasie jej studiów. Ciocia była bardzo szczupła, coś mi zaświtało i zapytałem z głupia frant, czy przypadkiem nie miała na tym obozie jakiegoś przezwiska. No owszem, miała - Zaliczka. Miała to być ksywka ośmieszająca jej mikrą posturę - w sensie "zaliczka na człowieka". Zatem natychmiast podskoczyłem z wrażenia do góry i pokazałem Cioci książkę w której pod tym pseudonimem występuje - "Wyspę Złoczyńców" właśnie. Niestety Ciocia nie żyje już od wielu lat. Żałuję że nie spytałem w jakim miejscu odbywał się ów obóz, albowiem jest to dziś przedmiot dociekań wielu nienackofanów - obstawia się przeważnie okolice Ciechocinka.

Skąd wziął Nienacki swoje książkowe Ferrari 410 Superamerica? Zapewne z artykułu gazetowego lub katalogu. W latach 60. było sławne, albowiem stanowiło najdroższy i  najbardziej luksusowy model tej marki. To był samochód ekstremalnie drogi - kosztował DWUKROTNOŚĆ ceny Mercedesa 300 SL (Gullwing). Pomiędzy 1955 a 1959 rokiem zbudowano tylko 35 egzemplarzy tej serii, wszystkie z silnikiem pięciolitrowym V12. Z początku miały 340 koni, późniejsze egzemplarze, wyposażone w trzy gaźniki Webera osiągały 360. Praktycznie każde z wypuszczonych aut miało inne nadwozie - były projektowane na zamówienie u włoskich stylistów, większość u Pininfariny, część u Mario Boano i Ghia. Wątpię, by kiedykolwiek taki samochód pojawił się w Polsce, ale pewności mieć nie możemy. Czasami zachodni biznesmeni robiąc interesy w Europie Wschodniej przyjeżdżali tu takimi cymesami, o jakich nam się i dzisiaj nie śniło - dowody można znaleźć w spotterskich archiwaliach prezentowanych w "Classicauto". 

Ferrari 410 Superamerica Pininfarina 1956

Ferrari 410 Superamerica Pininfarina 1956

Ferrari 410 Superamerica Scaglietti 1957


Ferrari 410 Superamerica Pininfarina seria III 1958

Ferrari 410 Superamerica Boano 1956

Ferrari 410 Superamerica Ghia 1956

Nienacki nie był ani trochę konsekwentny w opisach. Jego Wehikuł ma raz cztery, raz pięć biegów, czasami zmienia się ilość gaźników i moc auta pana Tomasza. Opisy samochodu z każdą napisaną książką zmieniają się, a słynny pojazd z silnikiem Ferrari staje się jakby sprawniejszy i mniej absorbujący właściciela - nie ma już potem nigdy mowy o żmudnym przekształcaniu go w amfibię, czy też o przesiadaniu się na fotel pasażera w celu sterowania na wodzie. Wehikuł Pana Samochodzika zostaje  wszystkomogącym supersamochodem- amfibią. Dzięki niemu pan Tomasz wywodzi w pole całe rzesze przestępców, cwaniaków i oszustów, czasem w realistyczny, a czasem w bardziej groteskowy sposób. Raz wyprzedzając ich na szosie, a innym razem korzystając z jego możliwości pływania. 


Kanoniczny serial "Samochodzik i Templariusze" z 1971, ze Stanisławem Mikulskim. Za samochód bohatera robi przerobiony VW Typ 166, zwany Schwimmwagenem. Zwracam uwagę na tablice rejestracyjne z Łodzi.

Oto szczytowy dla Nienackiego (moim zdaniem) opis pościgu w "Panu Samochodziku i zagadkach Fromborka". Odbywa się ona w charakterystycznym miejscu, albowiem autostrady w ówczesnej Polsce były wtedy tylko dwie - poniemiecka i poniemiecka. Do wyboru. Nienacki wybrał tę północną:

Ale autostrada Elbląg-Królewiec jest dzisiaj zupełnie martwa, albowiem wraz z podziałem Prus między Polskę i Związek Radziecki straciła swoje znaczenie komunikacyjne i militarne. Jest ona niepotrzebna w naszej sieci dróg, gdyż przecina ją granica państwowa. Przejścia graniczne są w zupełnie innych miejscach, ludność korzysta z dróg bocznych, bardziej przydatnych, bo łączących wsie i osiedla.
I oto w tym miejscu znalazł się czerwony mustang. Do granicy pozostawało jeszcze kilkanaście kilometrów pustej autostrady. Rozpoczął się prawdziwy pościg.
Nie wiem, jaką maksymalną szybkość potrafi rozwinąć mustang. Ale już po kilku minutach jazdy autostradą spostrzegłem, że strzałka szybkościomierza wehikułu dotknęła liczby sto sześćdziesiąt. Nie był to jednak jeszcze koniec. Mustang mknął coraz szybciej i szybciej. Błękitny opel zaczął pozostawać w tyle...
A wtedy wydarzyło się coś takiego, co spowodowało, że z piersi panny Ali wydobyło się radosne westchnienie. Zaś magister inżynier Zegadło wpadł w takie zdziwienie, że o mało nie zjechał z autostrady i swoim błękitnym oplem nie wpadł do rowu.
Już owe sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę budziło zdumienie panny Ali. Mrugając oczami z niedowierzaniem patrzyła na licznik wehikułu, bo w głowie jej się nie mogło pomieścić, aby „rupieć” osiągał tak wielką prędkość. Ale ja jeszcze mocniej przycisnąłem pedał gazu.
Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych samochodu Ferrari 410 przyśpieszyło swój bieg. Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych ruszyło z kopyta, jakby ktoś strzelił z bata. W dwunastu cylindrach żywiej zagrała krew samochodu — żółta, wysokooktanowa benzyna. Dwa gaźniki tłoczyły benzyną do cylindrów.
Sto siedemdziesiąt. Dwieście... Dwieście dziesięć... Dwieście dwadzieścia...
Wyprzedziłem opla z taką łatwością, z jaką jadący z górki rowerzysta wyprzedza idącego pieszo człowieka. Wyprzedziłem czerwonego mustanga z taką łatwością, z jaką rowerzysta wyprzedza chłopską furmankę.
— Ten pana wehikuł — wyjąkała panna Ala — on jest chyba... zaczarowany...

Ach, każdy chciałby mieć takie coś! (cytat). Wehikuł Pana Samochodzika staje się rodzajem efektownego symbolu przewagi bohatera nad jego antagonistami.

Właśnie! Symbole! Czytając "Pana Samochodzika" jako dziecko i młodzież nie odczytywałem podtekstów i tworzonych podświadomie elementów, jakie wkładał do książki Nienacki. To były po prostu świetne przygody, ciekawy bohater, żywa akcja oparta na poszukiwaniu dzieł sztuki, podróże po Polsce i Europie, żartobliwe dialogi, no i oczywiście ulubione pościgi samochodowe, (literatura polska ma ich według mnie zdecydowanie zbyt mało, postanowiłem to nadrobić w swoim "Złotym Peugeocie"). Dopiero dzisiejsze spojrzenie wydobywa z serii "Pana Samochodzka" niezamierzenie groteskowe i absurdalne nuty, będące kwintesencją PRL. Oto główny bohater - oprócz tego, że jest historykiem i pracownikiem ministerstwa jest także (jak większość bohaterów powieści z Polski Ludowej) wielbicielem Milicji Obywatelskiej, a do tego zapalonym członkiem ORMO. Młodszemu pokoleniu należy wyjaśnić ten skrót - Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej. Formacja przeznaczona głównie dla włazidupów i karierowiczów, chcących z własnej woli wspierać siły porządkowe komunistycznego ustroju i trochę sobie przy tym porządzić bliźnimi. Tak były przez większość społeczeństwa odbierane. Niemniej władze dbały o to by rozdzielać jak najszerzej przynależność do ORMO różnym znanym osobom i reklamować przy tym ustrój powszechnej szczęśliwości, a przy okazji wzmacniać placet społecznego poparcia. Celebryci w szeregach ORMO zyskiwali przynajmniej jedną poważną przewagę - milicja nie zatrzymywała zwyczajowo samochodów oznaczonych nalepką ORMO. Profit! - można było swobodnie jeździć po pijaku. Przy tym członek ORMO wyposażony w lizak miał prawo zatrzymywać innych kierowców do kontroli i rozdawać pouczenia. Zatem - żyć nie umierać! Niestety w czasie Stanu Wojennego niektóre formacje ORMO brały udział w pałowaniu manifestacji razem z ZOMO, okrywając się dość ponurą sławą. No, podsumowując, nie była to najbardziej szacowna służba według dzisiejszych ocen.

No i mamy bohatera lojalistę, zaprzyjaźnionego z milicją, występującego czynnie nie tylko przeciwko oszustom i złodziejom dzieł sztuki, ale także przeciw zachodnim wrednym szpiegom penetrującym Polskę Ludową ("Księga Strachów", "Pan Samochodzik i Niewidzialni"). Pan Tomasz przemierzając Polskę swoim wehikułem pozwala sobie oczywiście na szeroką krytykę ówczesnego systemu - otóż oranżada w restauracjach ludowych nie jest schłodzona, ludzie strasznie hałasują na łonie przyrody. a plaże są zatłoczone. Skandal! No dobra, przestaję się bezsensownie znęcać. Nie wymagajmy zbyt wiele od książek przygodowych dla młodzieży, wychodzących w Polsce Ludowej i poddanych (jak wszystkie inne) ścisłej cenzurze.

Ale o czym może marzyć taki wspierający ustrój bohater? Zapewne o Trabancie na ministerialny przydział? Może o Fiacie 125p na talon z zakładu pracy? Albo o tym by, jak śpiewał ironicznie Wojciech Młynarski, prowadzić...

Światowe życie, szum i gwar, 

Feerią neonów błyszczy mleczny bar!

Porcję leniwych zjadam à la fourchette

I syty, i szczęśliwy czuję się wnet!

Właśnie wpłaciłem pierwszą z rat,

Nową Syreną jadę w wielki świat,

Mijając setki równie wytwornych aut,

Na bal spółdzielców, czy działaczy raut!

No niestety nie. Maksymalną fascynację powodują w książkach o Panu Samochodziku wyłącznie zachodnie samochody. Lincoln z "Templariuszy", Ford Mustang z cytowanych wyżej "Zagadek Fromborka", Alpine Renault z serii francuskiej,  BMW głównego antagonisty Waldemara Batury, przewijającego się przez kilka książek. No i wreszcie sam Wehikuł, górujący w sposób nieziemski nad socjalistycznymi wyrobami typu Wartburg, czy Moskwicz. Co prawda spolonizowany za sprawą działań Wuja Gromiłły. Ale jednak. Jako dziecko sam się takimi autami interesowałem, podniecały mnie równie mocno co bohaterów Nienackiego, zatem ani trochę nie dostrzegałem niejakiej obłudy, która wyzierała z kartek "Panów Samochodzików". Usprawiedliwia mnie tylko to, że nie należałem do ORMO. Trzeba przy tym powiedzieć, że bez samochodów, pościgów i lizania zachodniego blichtru książki Nienackiego nie byłyby tak fajne, jak były. Może i nieco obłudnie, ale rozrywki dostarczały całe masy.

Czy to jedyne Ferrari w polskiej literaturze? Oczywiście nie. Jako drugie sławne Ferrari (choć nie tak sławne jak Wehikuł) można wymienić bardzo specyficzne auto w powieści sensacyjnej "Bezcenny" Zygmunta Miłoszewskiego. Jest to jego książka na pewno nie tak udana, realistyczna i mocna jak trylogia "Uwikłanie", "Ziarno Prawdy" i "Gniew" - ma sporo z klimatu Dana Browna, jest przy tym pisana z ewidentnym przymrużaniem oka przez autora, z fragmentami groteskowymi i takimż zakończeniem. Jak mówił sam autor: "miała to być miła przerwa pomiędzy kryminałami, wycieczka w świat sztuki i przygody". Powiedziałbym, że gdybym był w wieku w którym zaczytywałem się namiętnie w "Panu Samochodziku", to bym "Uwikłanie" łyknął po całości. Dzisiaj chyba już za dużo przeczytałem od tamtej pory, zwłaszcza genialne "Ziarno Prawdy" (książka lepsza niż film). Niemniej łykam po całości bardzo oryginalne auto, które zostało w akcji użyte. Chwała Miłoszewskiemu że zdecydował się na takie cymesy!

Na początku akcji samochód został opisany następująco:

Zasięgnął wcześniej języka o młodym polskim marszandzie, niektórzy wspominali też o jego dziwnym wehikule. Jak to określił kuzyn Stefen z Dortmundu, „ten pieprznięty Polak jeździ najbardziej pieprzniętym samochodem sportowym świata”. Toteż kręcący się po kuchni w oczekiwaniu na gości Frey przywarł dyskretnie do firanki, gdy tylko usłyszał dudnienie silnika. Czekał na to, co nadjedzie od strony Fisherhiittenstrasse, słuchając niskiego dźwięku, który przypominał brzmienie czołgu przejeżdżającego przez wytłumiony watą tunel. Niby warkot niskich obrotów był stłumiony, niby elegancko schowany, ale jednocześnie na tyle wyrazisty, że drżały kryształowe kieliszki. W końcu auto wyłoniło się zza sąsiedniej willi i zaparkowało przed furtką Dagoberta Freya. Gospodarz zmarszczył brwi, ponieważ spodziewał się albo jakiegoś monstrum wielkości kamienicy, albo sportowego bolidu, ledwo wystającego ponad poziom krawężnika. Tymczasem samochód wyglądał jak japońskie kombi, i to raczej takie z poprzedniej generacji, tyle że miał wielką, długą maskę, spod której wydobywał się głuchy metaliczny gulgot, trochę jakby obrażony, że nie pozwala mu się zaryczeć. Lśniący srebrny lakier sprawiał, że na tle zaśnieżonego Berlina pojazd wyglądał jak żart z Kazimierza Malewicza - zamiast białego na białym srebrne na srebrnym.



Co to takiego? Ni mniej ni więcej jest to Ferrari 456, ale - uwaga uwaga - w wersji pięciodrzwiowej kombi! Wymysł Miłoszewskiego - zakrzykną niektórzy. Otóż nie. To istniejący naprawdę samochód. Ferrari 456 Venice Shooting Brake - dzieło Pininfariny, zbudowane na zamówienie rodziny królewskiej z Brunei. Powstało siedem egzemplarzy. 



Wszystkie z silnikiem 5,5 V12 - niektóre z nich były sedanami. Zbudowano je w połowie lat 90 - sześć sztuk istnieje do dziś w kolekcji sułtana, siódmy egzemplarz służył jako muł testowy we włoskiej nadwoziowni. Miłoszewski opisuje to nieco inaczej, ale w ogółach zgodnie z prawdą.

- Ale w ogóle - Gmitruk pogłaskał skórzane obicie deski rozdzielczej tak czule, że Lisa musiałaby się poczuć zazdrosna, gdyby to widziała - to ferrari? Silnik i tak dalej.

- Dwanaście cylindrów w układzie widlastym, pięć i pół litra, 436 koni mechanicznych, pięć sekund do setki. Pierwszej setki. Siedem następnych do drugiej. No i ten dźwięk.

Karol dodał gazu, zabulgotało, biała strzałka na lewym zegarze skoczyła żwawo i zatrzymała się na dwustu.

Potem następuje nawałnica przygód, kaskada dzieł sztuki, marszandów, hitlerowców, Amerykanów, Szwedów i rozbierających się kobiet. Na mój gust wszystkiego jest w "Bezcennym" tam trochę za dużo, ale wybaczam łatwo autorowi "Ziarna Prawdy" - każdy musi sobie czasami troszkę zaszaleć, inaczej się udusi. Miłoszewski szaleje i w Ferrari:

Lekko skręcił kierownicę w lewo i natychmiast odbił mocno w prawo, wciskając pedał hamulca. Zadziałała fizyka i samochód płynnie obrócił się na śniegu o sto osiemdziesiąt stopni, zachowując część swojego pędu, a kiedy maska była skierowana w przeciwną stroną, Karol miał już wrzucony drugi bieg. Puścił sprzęgło, silnik zawył, koła zabuksowały, tyłem lekko zarzuciło, ale ferrari posłusznie wyrwało do przodu. Włączył długie, ale światło niewiele dało, odbijało się tylko od ściany gęsto padającego śniegu.

- Nieźle - skomentował Gmitruk - ale na tych leśnych drogach nie mamy z nimi szans.

- Wiem. Dlatego poszukamy kawałka prostej - odparł Karol i skręcił w prawo, prosto na podwórko letniej posiadłości jakiegoś zamożnego raczej, sądząc po rozmiarach domu i działki, Szweda.

- Zwariowałeś?! - wydarła się Lorentz. - Dokąd chcesz tędy dojechać?

- Ja, ja, moja droga - mrugnął do niej - chciałbym w końcu wyjść na prostą.

Przejechał przez śnieżne poletko, które w lecie musiało być zadbanym trawnikiem, i wjechał na śliczny, wychodzący w morze pomost, tak elegancki, że bardziej przypominał niewielkie molo. Załomotały drewniane deski. Lorentz kurczowo chwyciła drzwi, widząc, że Karol jedzie wprost na zdobiącą koniec mola altankę. Płotek z cienkich żerdek pękł jak słony paluszek po spotkaniu z rozpędzonym, ważącym prawie dwie tony autem. Karol dodał gwałtownie gazu, żeby podnieść przód samochodu do góry, i po chwili szybował nad zamarzniętymi wodami Morza Bałtyckiego, prosząc w myślach najróżniejsze bóstwa, żeby lód wytrzymał uderzenie. Któreś musiało go wysłuchać, bo lód wytrzymał. Zatrzeszczał złowrogo, w górę trysnęły fontanny śniegu i ferrari wpadło się w długi, niekontrolowany poślizg, kręcąc się wokół własnej osi. Ale lód wytrzymał.

- Przy najbliższej okazji, zawróć - poinformowała nawigacja nieludzko spokojnym,metalicznym głosem.

- Nie ma mowy, kochanie - odpowiedział Karol, kontrując krótkimi ruchami kierownicy, dopóki nie wyprowadził samochodu na prostą. 

Jeśli jesteście dwunastolatkiem, takie teksty kupują was od razu.

Teraz będzie comming out, ekspiacja i inne takie.

Ja też umieściłem rozmowy o Ferrari w książce. Poniekąd. Znaczy się zapożyczyłem, a potem umieściłem. No co zrobić. Chciałem w "Złotym Peugeocie" złożyć hołd licznym lekturom z dzieciństwa, w tym Nienackiemu. A przy tym napisać najlepsze (mam nadzieję) pościgi samochodowe w historii polskiej literatury. Nie było zbyt wiele książek, tych powszechnie znanych, z którymi musiałem się ścigać - "Zły" Tyrmanda, seria "Pana Samochodzika", "Góralskie Tango" Janusza Płońskiego i Macieja Rybińskiego, kryminały Chmielewskiej, wspomniany wyżej "Bezcenny". No, na pewno wielu współczesnych nie czytałem.

W stosunku do książek o "Panu Samochodziku" akcja mojego kryminału dzieje się nieco później - w 1974 roku. Z jednej strony próbowałem czerpać wzorce, z drugiej - urealniać przerysowania, jakich dopuszczał się pisarz młodzieżowy Nienacki. Zabawy przy tym miałem co niemiara, bo tak naprawdę dla zabawy piszę książki.

Lujdefines wpadł nagle do warsztatu jak bomba.

— O rany, szefie! mustanga widziałem! — zawołał podekscytowany.  Prawdziwego mustanga! Nowiutki, igła!

— Mm! Gdzie? — zainteresował się Majer, podniósł wzrok znad okularów.

To było rzadkie znalezisko, w Łodzi nie było nigdy ani jednego. W ogóle amerykańskie samochody właściwie tylko w Warszawie można było zobaczyć.

— Na Piotrkowskiej stał. Ale auto! A jaki dźwięk.

— Na naszych numerach? — zapytał mechanik.

— Nie. Na amerykańskich. Pewnie jakiś polonus przyjechał. Szefie, ma pan pojęcie co za maszyna? Trzysta koni! — ekscytował się Lujdefines. — Biały taki, z pasami przez całą karoserię.

— E, panie Zygmuncie, pan się nie podnieca. — Udał obojętność Piotrek Kot. — Ford gówno wort, a fiat jego brat.

— A co mi tu jakieś przedwojenne szmoncesy wstawiasz! — zaśmiał się Lujdefines — Od przedwojennych szmoncesów to ja jestem. Mustang to jest jak ferrari! Jak ferrari! No przecież taki mustang, to jest rakieta. Każdego jednego w Polsce zrobi! Co nie szefie, że prawie ferrari?

— A skąd tam, panie Lujdefines! — Roześmiał się Piotrek

— Lujde... — obruszył się Zygmuś, choć z uśmiechem. — Ja ci dam Lujdefinesa, szczylu jeden! Lujdefines to ja mogę być dla szefa, prawda, szefie? Dla ciebie to: "panie Zygmuncie".

— Przepraszam, panie Zygmuncie. — Skinął głową Piotrek. — No, do ferrari to mu jednak brakuje. Mustang to jest przecież masowa produkcja. U nas to jest unikat, ale wie pan ile tego w Ameryce jeździ? Pełno! A takie ferrari to jest prawdziwe dzieło sztuki. Jednostkowe! Prawie do każdego auta styliści rysują inną karoserię. Na zamówienie! - podkreślił. - Dobrze mówię, szefie?

— Dla nas to są wszystko nieosiągalne rzeczy — Pokiwał głową Majer. — Mustang, ferrari, jeden pies wydaje się. Ale masz rację. Dobrze gadasz Piotrek. Cena ferrari to tak z sześć razy jak mustang. Nawet może z siedem. Ręcznie robione. No ale powiem wam jeszcze, że na zakrętach, to taki sportowy mustang nie ma do ferrari podejścia.

Piotrkowi błysnęły oczy.

— Jeździł pan?

— Nie, no. Co ty, Piotrek. Co ty, chłopaku. Nigdy żadnego ferrari na oczy nie widziałem. Ale tak piszą w angielskich i niemieckich gazetach.

— Chciałbym się kiedyś przejechać... — rozmarzył się młody Kot.

— Każdy by chciał — odparł Majer. — Każdy, komu benzyna we krwi płynie.

Czy moi bohaterowie, którym benzyna we krwi niewątpliwie płynie, posmakują nieznanego owocu zachodniej cywilizacji? Czy jednak ukradłem Nienackiemu pomysł na powieść, czy też postmodernistycznym zwyczajem wziąłem go w nawias ironii? Czy ferrari jest kluczowym elementem fabuły, czy tylko marginalnym?




No cóż, musicie sięgnąć po "Złotego Peugeota", żeby się o tym przekonać.

Kryminał został wydany pod patronatem Automobilowni.pl, Just Lodz i Złomnika.

Książka w sprzedaży wysyłkowej - tutaj: LINK

fragmenty powieści można poczytać tutaj:
https://zlotypeugeot.blogspot.com


Fabrykant

W Tatrach?



12 komentarzy:

  1. Ten złoty Peugeot na ostatnim zdjęciu jakiś taki szary... Chyba, że to Tatra?

    OdpowiedzUsuń
  2. Łódzkie numery rejestracyjne na Schwimwagenie to z Wytwórni Filmowej. Samo auto też miało swoją historię i właściciela nie pasującego do PRL-owskiej rzeczywistości.
    Był nim pan Józef Borzęcki z Wrocławia. Konstruktor lotniczy - amator.
    O aucie można przeczytać w jego książce "Na Własnych Skrzydłach".
    Udostępniła ją córka tutaj:
    https://basia38.tripod.com/jozefborzecki/index.html
    Ostrzegam - ciężko się oderwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za polecajkę. O panu Borzęckim czytałem w Classicauto. Książkę chętnie sobie przygarnę.

      Usuń
  3. Ciekawy wpis. Warto było tutaj zajrzeć

    OdpowiedzUsuń