wtorek, 7 maja 2019

Gmünd Porsche Museum



Jest sobie takie miasteczko. Zamek ma i piękną starówkę. Tuż za murem miejskim cmentarzyk, rodem ze średniowiecza. Potem tuż za miastem przepiękna dolina rzeki Malta z najwyższym w Austrii wodospadem Fallbach (200 metrów wysokości), oraz z dojazdem do najwyższej tamy łukowej w Austrii (jak raz, też 200 metrów) do której dociera się za pomocą krętej "high alpin road", na wysokość 1902 mnpm.

Ale ja jakby nie o tym.

W 1944 roku amerykańskie naloty na Stuttgart tak się nasiliły, że Albert Speer nakazał zwinięcie się stamtąd ważnego biura konstrukcyjnego, projektującego czołgi i działa samobieżne, oraz zarządzającego produkcją w fabryce Volkswagena. Było to biuro Porsche - Konstruktionen - Ges.mbH, znanego Ferdynanda.

-A to zabili nam Ferdynanda- rzekła posługaczka do pana Szwejka, któryktóry opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował..


Tfu! To nie ta wojna przecież. Ferdynanda Porschego, oczywiście.



Porsche dostał kilka lokalizacji do wyboru. Zdecydował się na austriacką Karyntię, kraj górzysty, pasterski i rolniczy, podczas wojny nie zniszczony i spokojny. Porschemu Karyntia była familiarna, bo miał rodzinny majątek w niedalekim Zell Am See. Kupiono dawny tartak na przedmieściach Gmünd, gdzie nowo zainstalowane biuro konstrukcyjne mogło zajmować się projektowaniem dalszych śmiercionośnych pojazdów dla tysiącletniej Rzeszy.
W styczniu 1945 roku, kiedy tysiącletniość Rzeszy stała już pod dużym znakiem zapytania, Ferdynand Porsche przeszedł na emeryturę. Miał już 70 lat. Zakład, który chwilowo mało co projektował zostawił pod zarządem syna Ferdynanda juniora, zwanego Ferrym. Senior przeniósł się na stałe do Zell am See. 
Pod koniec 1945 został wezwany niespodziewanie wraz z Ferry'm i zięciem Antonem Piëchem do Baden-Baden. Była to pułapka zastawiona przez francuskie siły okupacyjne, które uwięziły Ferdynanda Porschego na 22 miesiące, a jego syna na pół roku. Dość prawdopodobny jest fakt, że główną przyczyną aresztowania była chęć nakłonienia znanego konstruktora do współpracy z francuskim przemysłem.
Tymczasem młody Ferry Porsche po uwolnieniu z francuskiej tiurmy rozmyślał o czym tu dumać na paryskim bruku, wobec załamania rynku militarnego. Wymyślił samochód sportowy na bazie ojcowskiego Garbusa. W lipcu 1947 roku w Gmünd zaprojektował pierwsze Porsche 356 numer 1 Roadster (stojące dziś w muzeum w Stuttgarcie), a w 1948 roku rozpoczęto ręczną, manufakturową produkcję Porsche z aluminiową karoserią, z elementami zawieszenia i silnika opartymi na Garbusie. W Gmünd wykonano 44 coupe i 8 roadsterów.




Aluminium czerpano z zapasów producentów lotniczych, którzy akurat mieli szlaban.
Auto miało opracowaną od nowa konstrukcję podłogową, do której mocowano zawieszenie i hamulce z Volkswagena.
Do silnika garbusowego Ferry zaprojektował nowe głowice, uzyskując 35KM przy 4000 obrotów, zmiana zasilania na dwa gaźniki dała 40KM. Ważący 585 kilogramów roadster rozwijał 140 km/h i w porównaniu do Garbusa prowadził się jak po sznurku. Sprawdzano to na krętych drogach wokół Gmünd i niedalekiej przełęczy Turracher Höhe, uznawanej za najbardziej stromy wjazd w Austrii.



Z budowy samochodów sportowych mała manufaktura nie mogła się utrzymać, biuro w Gmünd projektowało także inne konstrukcje - słynną Cisitalię Tipo 360 dla Piero Dusio, ciągniki rolnicze, wyciągarki i pompy przepływowe, oraz - ta dam!-  wyciągi narciarskie.
Mała skala produkcji pierwszych 356 nie pozwalała rozwinąć skrzydeł, zdecydowano o przeniesieniu produkcji z powrotem do Stuttgartu, w finansowaniu przedsięwzięcia pomagała wynegocjowana umowa z Volkswagenem, na mocy której Ferdynand Porsche otrzymywał 10DM od każdego wyprodukowanego egzemplarza. Nie był jednak mile widziany w fabryce, w której produkowano jego dzieło (zarządzanej początkowo przez Brytyjczyków). Nie zaproszono go na jubileusz wyprodukowania 50.000 egzemplarzy, ani na jubel z okazji 100.000-go Garbusa. Milonowego egzemplarza już nie dożył.

Zanim fabryka Porsche wyniosła się z Gmünd, pewnego dnia zajrzał do niej dziesięcioletni młodzieniec - Helmut Pfeifhoffer. Szczęka mu opadła na widok aluminiowych 356-ek i tak już została do emerytury. W 1965 kupił swoje pierwsze 356. W 1982 roku nabył budynek dawnej stajni dworskiej niedaleko murów miejskich i założył pierwsze w Europie prywatne muzeum Porsche. Teraz prowadzi je z synem, Christophem. Christoph Pfeifhoffer startuje z powodzeniem w wyścigach historycznych samochodami z kolekcji. Ostatnio na 911 3,0 RS.

Helmut Pfeifhoffer z synem, w pierwszym swoim Porsche
Muzeum nie jest wielkie. Takie w sam raz. Auta stoją na dwóch kondygnacjach pięknie odnowionego budynku. Nie znajdziecie tam całego przekroju modeli produkowanych przez Porsche, ale sporo z tego co tam stoi należy do kategorii rodzynków.
Na początek zaznaczę, że nie jestem fanatykiem i znawcą firmy Porsche, a o ich samochodach wyścigowych nie wiem nic dosłownie. Zabijcie mnie. A w razie czego poprawcie.
Muzeum Pfeifhofferów ma także wielki atut - duże fory w Stuttgartcie. Dzięki podpisanej umowie z Muzeum Porsche Stuttgart prezentowane są czasowo wyciągane z różnych firmowych magazynów auta - zatem jeśli odwiedzicie Gmünd będzie tam stało zapewne kilka innych ciekawych pojazdów.
Szukając miasta na mapie nie pomylcie się. W Austrii występują dwie miejscowości o nazwie Gmünd. Ta właściwa to Gmünd in Kärnten (druga leży blisko granicy czeskiej i Budziejowic, ale żadnego muzeum Porsche w niej nie ma).


Muzeum jest ładne w swym rustykalnym charakterze i dobrze rozreklamowane. Tablice kierują nas już z autostrady A10.




Na parterze ładnie zaaranżowane początki - sala projekcyjno wystawowa, ale rzucam na nią jednym okiem, bo już za rogiem stoją cymesy.

Największy cymes - aluminiowe Porsche, egzemplarz nr 8.

Motodinoza w imieniu Czytelników dotyka korzeni i pierwociny.
Nie wolno, ale można, jak u Szwejka.

Na tym kopycie klepano pierwsze modele.
356 Speedster z 1955 roku


911 Speedster z 1989

Wyścigowa 911 GT2 z naręczem zdobytych pucharów.
Panowie Pfeifhoffer mają swoistą strategię kolekcjonerską, którą zdradzają na ulotce opisującej działania muzeum. Kupują mianowicie namiętnie auta wyczynowe (zwłaszcza wyścigowe) Porsche natychmiast po zakończeniu ich kariery i wycofaniu z torów. Liczą na ich przyszłą zwyżkę wartości. Do tej strategii trzeba mieć oczywiście trochę kasy.


Postęp jest.
Wchodzimy schodami na poddasze budynku.

Dodaj napis
Na  pięterku stało na wstępie coś niewykończonego i poklejonego taśmą klejącą, z migaczami od Malucha. 





Wypożyczka ze Stuttgartu.


Wnętrze prototypowej 918.

Z tej perspektywy wygląda bardzo smacznie. Z przodu stoi traktor marki Porsche typ P111. Jest z nim fantastyczna clip reklamowy. Znacie? - LINK

GT.

Najbardziej żwawa wersja 924.

Sekcja zwłok. Nie sądziłem że silnik znajduje się centymetr od tylnej pokrywy.

Tutaj widzimy, że jedyne co można zapakować do Porsche, to karta kredytowa.

Cymes max. Kopyto do 550 Spyder. Na nim wyklepano auto, w którym zginął James Dean.

Kopyto do 550 Spyder.

No z tej perspektywy znowu smacznie.

Cymes. Porsche Jagdtwagen typ 597 z 1953 roku. Wyprodukowano 100 sztuk. Przegrał w Bundeswehrze przetarg z Auto-Unionem.


Cymes maxxxx. Typ 87 Kommanderwagen z 1940 roku. Napęd na cztery koła.  zbudowano 4 sztuki do kampanii afrykańskiej dla feldmarszałka Rommla.

Bardzo wczesne 356.

To bym mógł mieć. Dwulitrowa 356 Carrera 2 z 1962 roku. 130 koni i ponad 200 na godzinę.

Zdaje się, że cymes max, ale się na nim nie znam - Porsche 962 Imsa Coupe po Mario Andrettim.
Znów schodzimy na dół, gdzie przy salce projekcyjnej zgromadzono różne przyjemne artefakty. Bardzo przyjemne. A jakie pouczające! Pierwszy raz na oczy widziałem sam uśmiech bez kota... tfu! sam silnik od Porsche, bez Porsche.


Ja cie nie mogę! (cytat) Ale to jest proste jak drut! Tu wlata, tam wylata aqua destilata.

Pierwszy silnik od 911. No, może troszkę bardziej skomplikowany, ale nawet ja umiałbym go rozkręcić.

Stąd do wieczności.

Zegary od Austro Daimlerów, które projektował Ferdynand.


Pożegnanie z Muzeum Porsche Pfeifhoffer w Gmünd. Trzeba mnie było końmi stamtąd wyciągać.

Tuż pod muzeum - jedno z najliczniejszych dzieł pana Ferdynanda, w tle zamek w Gmünd.
Rady dla automobilistów - jeżeli podróżujecie do Gmünd z kimś niezainteresowanym motoryzacją - wyślijcie go na zwiedzanie starówki i zamku - są piękne. Zaznaczcie też, że Gmünd jest miastem pełnym galerii artystycznych, a w muzeum pod basztą wystawiają prawdziwego Williama Turnera. Do tego jest dużo świetnych cukierni i kawiarni. Potem umówcie się za trzy godziny. Wy w tym czasie możecie zagłębić się spokojnie w cymesy muzeum Pfeifhofferów. 

Turner może poczekać.


Fabrykant

P.S. Wejście płatne 8 Euro, dzieci do 14 lat - 3,5 Euro. Strona muzeum: LINK

P.S. 2: Na moim blogu Fotodinoza ukazał się już wpis o wyprawie do Karyntii, z większą ilością szczegółów krajoznawczych - LINK

Źródełka:

https://de.wikipedia.org/wiki/Porsche-Werk_Gmünd

11 komentarzy:

  1. Tych Gmündów przyalpejskich jest więcej, w bawarskim byłem wiele razy, biegiem maratońskim. Ale tylko to opisane przez fabrykanckiego Motodinosaur-Jägera jest oficjalnie "Miastem Artystów". No i przy okazji nie trzeba daleko latać , żeby zaliczyć Maltę. (nie tylko dla kawalerów maltańskich ale i dla żonatych. Fabrykant opisał prywatne muzeum w Gmünd korynckim ale za to znane mi bawarskie Gmünd ma prywatną kolej gdzie stoi na stacji lokomotywa ...https://www.facebook.com/photo.php?fbid=2097173336960724&set=a.171807442830666&type=3&theater&notif_t=feedback_reaction_generic&notif_id=1557237970775664

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś w tych samochodach jest.
    I piszę to jako kompletny laik i osoba nie będąca fanem motoryzacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Ja też nie jestem wielkim fanem marki, ale trzeba przyznać, że Porsche różnią się wyraźnie od innych samochodów. A w dzisiejszych czasach to duża zaleta.

      Usuń
  3. Pan Helmut siedzi uradowany w innym modelu niż 356

    OdpowiedzUsuń
  4. Porsche - klasa sama w sobie. Ja już niedługo też odwiedzę to muzeum. Zalazłem w tym wpisie tyle motywacji, że mógłbym tam się udać na piechotę :P Zdjęcia świetne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajny wpis, ze świetnymi zdjęciami. Zachęciłeś do odwiedzin tego muzeum. Renowacje aut to zawsze długa i męcząca praca. Sam zajmuję się renowacja starego mercedesa, teraz wymieniam chłodnice delphi i już dwa tygodnie się z nią męczę. Mam nadzieję, że do końca przyszłego roku uda mi się ukończyć całą konstrukcję i będę mógł wyjechać na jakiś zlot :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co to za Mercedes?
      Wiem coś o uciążliwości renowacji, bo od 1995 roku remontuję Humbera Super Snipe i jeszcze nie skończyłem ;)

      Usuń
  6. Miejsce, które bez wątpienia warto odwiedzić - chętnie do niego zajrzę!

    OdpowiedzUsuń